Nr 4 (60) 2004
październik - grudzień
KSIĄŻKI

Kolejny tom

Tom II dzienników krakowskiego malarza Wojciecha Ćwiertniewicza (ur.1955), pt. Bez tytułu, opublikowany w roku 2004 i obejmujący lata 2001-2003, jest kontynuacją Dziennika malarza z lat 1996-2000, wydanego w 2002 roku.
Anna Markowska

Doktor historii sztuki, wykładowca UŚ (filia w Cieszynie), autor książki "Definiowanie sztuki - objaśnianie świata" (Katowice, 2003). Mieszka w Krakowie.

Anna Markowska
Oba tomy ukazały się dzięki wydawniczej prężności Otwartej Pracowni i jej charyzmatycznego szefa Jerzego Hanuska. Naturalnej wielkości akt męski na okładce książki został na odwrocie powtórzony w towarzystwie samego malarza, ubranego od stóp po okrytą golfem szyję. Intymna nagość artysty skryta w formie aktu modela? Tak! Książka jest właśnie o tym: o szukaniu formy. Narrator dwóch tomów to samotnie żyjący malarz, bez etatu, przed pięćdziesiątką, utrzymujący się z malarstwa i mieszkający w centrum Krakowa, niedaleko Plant. Codziennie maluje, nie uznaje wręcz dnia bez pracy, prowadzi ponadto miejskie życie z kręgiem znajomych, z wernisażami, spotkaniami w pubie przy piwie. Udało mu się jako osobie prywatnej, bez wsparcia żadnej instytucji, otoczyć gronem kolekcjonerów i wielbicieli, ceniących go i ufających jego sztuce. Przetrwał, bo jest potrzebny. Część tej tajemnicy - po co jest potrzebny artysta - odsłania kolejny tom dziennika. Dzienniki ukazują narratora jako osobę niezależną, budującą sądy na starannie zbudowanym systemie wartości, z potrzebą sprawiedliwości wbrew szumowi medialnemu. Wszystkie opinie są oparte na osobistych doznaniach i doświadczeniach; wielką zaletą tych malarskich notatek są szczere i odpowiedzialne sądy. Narrator jest człowiekiem, który potrafi kochać i uwielbiać (Pasoliniego, Vincenta van Gogha, Leonarda, Ciorana...i kogoś, kto zjawia się w pracowni...i znika...na szczęście...) oraz potrafi żyć, odczuwając urodę życia wszystkimi zmysłami. Nietrudno domyśleć się rysu tragizmu u osoby obdarzonej talentem, pracowitością i tendencją do narzucania sobie mnisich rygorów, przy jednoczesnej zmysłowej lubieżności i tendencjach wszetecznych... „Zdecydowanie powściągać samego siebie, stale ograniczać, bo dookoła rozpustne popuszczanie” – napisze 21 września 2002. A kilka dni wcześniej zauważy „zaduch koszonej w palące południe łąki”. Szukanie harmonii, uczciwe, bez zakłamywania, bez wygładzania, z demonami i niewiedzą, jest tak trudne, jak nie pasuje do siebie wyzywający homoseksualną erotyką akt z okładki i stojący obok malarz, zwykły i niemal przezroczysty. Szukanie proporcji, by żyć pełnią życia, smakować jego powaby i jednocześnie stać obok i malować – zapis tych poszukiwań znajdziemy w tomie II. Być może jest hermetyczny dla kogoś spoza Krakowa, jeśli chodzi o rozpoznanie wszystkich inicjałów; możliwe, że nie wszystkie kąśliwe uwagi będą czytelne. Choć obok sarkastycznych znaleźć można też takie, w których klęska innego malarza staje się osobistą tragedią. Blask, zauważony, staje się przecież na zawsze nasz i w nas, jeśli tylko się pojawi... wówczas zdarza się żyć teraz; tym dziś, które daje wielka sztuka. Tymczasem: „Nowosielski najlepszy (w abstrakcji) dotyka pustki, by po chwili z przerażeniem od niej uciec w religijność, fundamentalizm, w kicz. Powtarza to od zawsze, bez nadziei”. Ta obserwacja nie pomaga w niczym, raczej dusi, ogranicza. Pozostaje krakowska rzeczywistość: klepsydra o śmierci Jadwigi Maziarskiej na bramie przy Mikołajskiej, a przy św. Jana - Leonardo, który w Mediolanie zrobił coś specjalnie dla nas, nawet tego nie przeczuwając. Zostaje jeszcze szukanie formy, kiedy rzekomo wszystko zostało już powiedziane, ale nadal mamy zadanie – przeżyć życie i znaleźć kształt dla tego, co wychodzi spod naszych rąk – to musi być czytelne dla nie-krakowianina, jak wszystkie proste i zwykłe usiłowania. Pozostaje mnisie życie, bo tylko takie daje nadzieję na „znany mnichom błysk absolutu u Nowosielskiego, Maziarskiej, Kraupe”, mieszkających tuż obok, chodzących tymi samymi ulicami, których znamy z oddali i kochamy bez głośnych wyznań, pragnąc tylko, by byli, by uwiarygodniali tę naszą drogę, może głupią, może maniakalną, może pretensjonalną i pełną pychy? Mówimy im dzień dobry, myślimy dziękuję. Sytuacja jak w zakonie, gdzie ogranicza się słowa. Nie gadać. Dziękować. Za błysk, co ośmiela i oddala lęk. Praca. To nie chodzi o tworzenie oeuvre, zapełnianie muzeów, czy - robienie kłopotu spadkobiercom. Chodzi o to, że tylko to co się samemu zrobi jest prawdziwe. Prosta ekspresja skomplikowanych myśli – to marzenie; tego nie ma bez żmudnej roboty. Dzienniki są także o tym, jak przechować w sobie wdzięczność i być wiernym marzeniom. Wojciech Ćwiertniewicz, „Malarstwo obchodzi nas wszystkich”, Otwarta Pracowania, Kraków, 2004.
cover