O Lechu Twardowskim powiada się, że jest artystą intermedialnym. To prawda – jego realizacje to prace polimorficzne, oparte na różnych technikach i formach: malarstwie, instalacji, performance. Przy tym istotne są – jako składowe – dźwięk i ruchomy obraz.
GŁÓWNĄ OSIĄ TWÓRCZOŚCI TWARDOWSKIEGO pozostaje jednak malarstwo, które - niemal jak kod genetyczny żywego organizmu - determinuje całość dzieła, w jego kształcie, wymiarze, funkcjonowaniu. W konsekwentnie nienarracyjnych, monumentalnych, a zarazem minimalistycznych pracach Twardowskiego na pierwszy plan wysuwa się substancja obrazu. Malarstwo to naturalne środowisko artysty; w nim - bez cienia fałszu - głęboko tkwi. Jakby nie dokonywał wyboru - malarstwo to rodzaj konieczności, uwarunkowania bycia. Widać to wyraźnie zarówno we wcześniejszych realizacjach, z początku lat 90., jaki i w ostatnich projektach.
W najbardziej oczywisty sposób owa malarska determinacja ujawnia się w Generatorze, już w pierwszej i drugiej wersji pracy (obie z 1999 r.), potem w wersji III, multimedialnej i interaktywnej (2002), oraz w wersji III BM (bez maszyn, 2003). To dzieło ekspansywne i, co ciekawe, w wariancie pozbawionym komponentu multimedialnego nieustępujące, pod względem mocy oddziaływania, wersji z elementem softwareowym. Krótki rys morfologiczny: Generator - mega-obiekt, ponad sto segmentów sprasowanej taśmy papierowej, cementowe podium pokryte farbą i wysypany solą ekran. Stosy sprasowanego papieru (w sumie 200 km papierowej taśmy) to notacja, efekt utrwalania codziennie, przez kilka miesięcy, malarskiego gestu, dyktowanego obsesyjną pasją uwidocznienia śladów kłębiących się myśli i emocji.
Wracam do Generatora nie bez powodu. To przez tę pracę bowiem, najbardziej, jak się wydaje, osobistą, noszącą znamiona szkicownika czy dziennika intymnego, przebija jedna z najbardziej charakterystycznych cech uniwersum Twardowskiego. To świat uporczywie utrwalany, ale nieprzekazywalny i nienazywalny, fragmentaryczny i efemeryczny, nigdy nie do uchwycenia. W nim Twardowski tropi to, co najistotniejsze i pierwsze, ale do cna tajemnicze. To obszar spoza opowieści, logicznej analizy czy rozumowego osądu.
A jednak w tym pozawerbalnym środowisku verbum znajduje swoje miejsce. Twardowski otwiera się na słowo - medium nowe, choć elementarne, z rzędu pierwszych. Dzieje się tak w przypadku realizacji Anakonda. Ślady miasta, czyli jak nawzajem się zżeramy (2008) i Pura. Ślady pamięci (2009). Anakonda to szachownica złożona z prawie 400 zamalowanych pół, z elementami figuracji (m.in. cytaty z dawnego malarstwa), przeplecionych białymi kwadratami z hasłami zainspirowanymi lekturą Historii Szaleństwa Michela Foucaulta. Pura to rozwinięcie Anakondy - choć w tytule Twardowski nawiązuje do prozy I. B. Singera i jego opowieści o mitycznej postaci (Pura, też Puta, lub Poteh) - anioła zapominania i złej pamięci, mającego rozpraszać boskie światło. Tym razem kwadratowe płótna są większego formatu, w pełni abstrakcyjne, przypominające serię z 2006 Puste-pełne, z powtarzanym motywem nakładania płaszczyzn (czarnej i geometrycznej - w postaci kręgów lub linii, oraz błękitno szarej - wizualnie przypominającej strukturę kryształu). Pomiędzy zamalowanymi płótnami białe pola, a na nich rodzaj raportu: „Rzeczywistość patologiczna", „Świadomość podatna na zgorszenie", „Realne milczenie rzeczy", „Kaftan bezpieczeństwa" i in. Znów, jak w przypadku „czysto" malarskich obrazów, komunikat jest porwany, niedopowiedziany, niedomknięty.
Jaką rolę pełni tu zatem słowo? Czy ma komunikować, uzupełniać i dopowiadać? Czy jest może elementem destabilizującym i prowokującym, wyzwaniem, które artysta stawia odbiorcy, by ten nie poprzestał na oglądzie czy kontemplacji, lecz podjął próbę bezpośredniej konfrontacji z wielowymiarowym dziełem? Twardowski to artysta zaczepny, łapczywy na reakcje odbiorcy. Ta cecha także najbardziej uwidoczniona została w przypadku Generatora - pomyślanego przecież w bezpośrednim związku z pojęciem energii, skumulowanej w dziele i wyzwalanej podczas jego percepcji.
Twardowski pozostaje przede wszystkim artystą obrazu, choć wpuszcza weń słowo. To wyraźnie nie koniec poszukiwań.
Lech Twardowski, „Anakonda. Ślady miasta czyli jak nawzajem się zżeramy", Galeria Entropia, Wrocław, marzec-kwiecień 2008; WRO Art Center, Wrocław, wrzesień-październik 2009; Galeria Sztuki Najnowszej, MOS, Gorzów Wlkp., październik-listopad 2009.