Nr 4 (72) 2007
październik - grudzień
PREZENTACJE

Marek EJSMOND-ŚLUSARCZYK

Malarz zanurzony w bezczasie

Laureatem Nagrody EXIT 2007 został Marek Ejsmond - Ślusarczyk za konsekwencję w tworzeniu własnego, niepowtarzalnego języka wypowiedzi oraz za nadzieję, którą dają jego obrazy, że we współczesnym świecie sztuki jest miejsce na malarstwo w najbardziej tradycyjnym tego słowa znaczeniu. Nagrodą jest statuetka autorstwa rzeźbiarza Sylwestra Ambroziaka. Wcześniejszymi Laureatami Nagrody byli: Eugeniusz Markowski, Wojciech Prażmowski, Jerzy Truszkowski, Leszek Golec & Tatiana Czekalska, Jarosław Modzelewski, Józef Robakowski, Piotr Wachowski, Krzysztof M. Bednarski, Andrzej Cisowski i Mariusz Woszczyński.

Dagmara Babińska

Ur.1980. Absolwentka UW, studiuje historię sztuki na UKSW w Warszawie.

Dagmara Babińska

PRACOWNIA MARKA EJSMONDA-ŚLUSARCZYKA ZNAJDUJE SIĘ na warszawskiej Pradze w jednym z nieczynnych kompleksów fabrycznych. Pokonanie dwustumetrowej drogi, dzielącej to miejsce od głównej ulicy, pozwala poczuć klimat szarej, robotniczej dzielnicy. To ważne. Język malarski Ejsmonda jest czuły na zarejestrowane podczas poruszania się po mieście detale.

Jego malarstwo zanurzone jest po brzegi w abstrakcji. Ale nie jest to abstrakcja mająca za główny cel przeciwstawienie się figuratywności, czy wyrzeczenie tradycji i wartości humanistycznych sztuki. To abstrakcja konstruktywna, poszukująca uniwersalnych momentów w kształtach, w układach przestrzennych. Rozpatrująca czyste płótno jako siatkę nieskończonych możliwości, stworzoną przez punkty kompozycyjne znajdujące się na przecięciu linii wzroku. Walka z obrazem rozpoczyna się od próby znalezienia tych punktów. Konstrukcja obrazu nie powstaje w oparciu o uproszczenie istniejącego układu przestrzennego. W tym znaczeniu nie stanowi zmodyfikowanego, ustrukturyzowanego krajobrazu rzeczywistego, lecz próbę stworzenia autonomicznego świata, układu rządzącego się wewnętrznymi prawami, z własnym systemem grawitacji.

Marek Ejsmond-Ślusarczyk tworzy kompozycje w sposób intuicyjny, malując wprost na płótnie, bez uprzednich szkiców. Trudno nie oprzeć się porównaniu z projektami Keitha Harringa, rozpoczynającego obraz czy graffiti w jednym rogu, prze-suwającego się centymetr po centymetrze w przeciwny. Kompozycje Ejsmonda powstają powoli, przez wiele dni, czasem tygodni. Decyzja – jedna z najtrudniejszych w życiu malarza – czy obraz jest skończony, bywa często weryfikowana. Ejsmond nie blefuje, że wie, nie wydaje kategorycznych sądów. Szuka, zmienia, wraca, płótno zawsze pozostaje plastyczną przestrzenią, gotową poddać się kolejnej modyfikacji.

Na początku była elipsa. Tajemniczy kształt, który przetrwał próbę czasu i autokrytycyzm autora.

Wziął się z dzieciństwa, z godzin spędzonych przy kuchennym stole dziadków, skąd roztaczał się widok na odległe topole. Po zmrużeniu oczu zamieniały się w poruszane wiatrem elipsy. Stały się symbolem przyrody idealnej, pozbawionej obecności człowieka. Po latach powróciły pod postacią czubków drzew widzianych przy śniadaniu.

Ejsmond przez cały czas jest otwarty na eksperymenty, bada, jak daleko może się posunąć w róż-norodności środków artystycznych, by jego płótna nie rozpadły się, aby eleganckie, skupione kompozycje wytrzymały. Pojawia się mięsista faktura, kolor kładziony bez wyraźnego konturu. I jeden z najodważniejszych i chyba najbardziej dramatycznych dla malarza środków – zamalowywanie fragmentów ukończonego płótna. Eksperymentowanie z narzucaniem wewnętrznej ramy, kładzeniem kryjącej farby, zajmującej czasem większą część płótna. I tylko niekiedy, przy odpowiednim kącie padania światła możemy dostrzec zarys utraconej kompozycji, przeczucie wewnętrznego, zakrytego kosmosu.

W najnowszy cykl obrazów „Dobra energia” pod postacią swoich produktów wkracza człowiek. Pojawia się motyw fabryki, elektrowni, kontrastujący na różnych planach z elipsami. W najnowszych, jeszcze mokrych płótnach, elipsy układają się w koncentryczne lub falowe układy, powiązane między sobą stosunkiem odpychania i przyciągania. Wyczuwa się wibrującą energię, stan napięcia. To rozedrganie jest dużym zaskoczeniem w wyważonych, skupionych do tej pory kompozycjach.

I rzecz zaskakująca. Malowanie jest zajęciem wymagającym samotności, nawet, jeśli pracownię dzieli się z kilkoma osobami. Ejsmondowi często towarzyszy przyszły oglądający. Malując, autor myśli o odbiorcy, ale nie w kategoriach utylitarnych czy merkantylnych, zadaje sobie pytanie: co sam chciałby zobaczyć na płótnie, gdyby znalazł się po drugiej stronie, stronie odbioru.

Obrazy Ejsmonda rozwijają się w czasie oraz pod wpływem zmieniającego się światła. Powściągliwie stosowane zabiegi formalne pozwalają powoli odkrywać obrazy. Połyskliwe plamy podporządko-wane światłu pór dnia ulegają transformacji. To nie jest malarstwo spektakularne, widowiskowe, obrazoburcze czy walczące. To malarstwo wyciszenia i ukrytych pod powierzchnią źródeł, powoli, wytrwale dążących w wyznaczonym kierunku.

Czy malarstwo Ejsmonda opowiada historie? Pytanie tak samo niewygodne, jak zastanawianie się nad posiadaniem talentu. Dla autora jest to snucie niekończącej się opowieści o czymś, co miało miejsce dziesiątki tysięcy lat temu. O planecie idealnej, bez śladu człowieka. Mówienie o subtelnych ruchach materii pośród krajobrazu doskonałego. W jaki zatem sposób można przyjąć pojawienie się motywu elektrowni, człowieka i nieodłącznego od niego przemysłu, zawłaszczania przestrzeni krajobrazu? Załóżmy, że malarz snuje opowieść o czymś, co było czterdzieści tysięcy lat temu. Może próbuje sprostać marzeniom i wyobraźni małego chłopca, dla którego opowiadania Stanisława Lema były dziecięcą biblią. Ale jednocześnie zanurza swoje obrazy w bezczasie, w konsystencji, która wbrew przyzwyczajeniom świata mechanistycznego, dopuszcza coś, co się wydarzy za kolejne tysiące lat. Czy można myśleć o obrazach i dodawać coś, czego na nich nie ma? Czy można się przed tym powstrzymać? Oglądając kolejne płótna, czy zmierzając na wystawę Ejsmonda, zawsze mam nadzieję, że wreszcie zobaczę Argonautów, zanurzonych w klasycznej mitologii zdobywców Złotego Runa, a jednocześnie przemierzających galaktyki w poszukiwaniu tajemnic kosmosu w dalekiej przyszłości. Nasze umysły są skłonne do podobnych asocjacji i nie burzą się przeciw odwróconej chronologii, tak jak nie budzi poczucia dyskomfortu krajobraz zanurzony w prehistorii i przyszłości naszej cywilizacji. Nawet bez obecności człowieka.

Marek Ejsmond-Ślusarczyk jest twórcą konsekwentnym. Świadomie podejmuje decyzje dotyczące malowanych płócien, rozwoju i kariery. Posiada rzadką dziś cechę wśród twórców młodego pokolenia – rezygnowania. Dokonywania selekcji z myślą o dłuższej perspektywie czasowej. Bezlitośnie ocenia namalowane przed laty obrazy i – niezadowolony – przemalowuje. Podobnie rezygnuje z kontaktów zawodowych, jeśli nie w pełni odpowiadają jego wyobrażeniom. Siedem lat temu, po skończeniu studiów wybrał drogę solisty, nie wiązania się z żadną grupą, galerią, instytucją i jest jej wierny do dziś. Przyznaje się do momentów zwątpienia, ale ufa intuicji i swojej osobowości. Przyznanie nagrody kwartalnika Exit jest dowodem, że warto zaryzykować i poszukać swojego, przyjaznego miejsca w jakże pięknym i bezlitosnym świecie sztuki.

Okna obecnej pracowni Marka Ejsmonda-Ślusarczyka wychodzą na pusty plac pokryty ceglanymi odłamkami po wyburzonej przedwojennej kamienicy. Niebawem przekonamy się, w jakiej formie znajdziemy je na płótnach.

Marek Ejsmond - Ślusarczyk
Urodzony w 1974 r. w Warszawie. Studiował na Wydziale Malarstwa warszawskiej ASP. Dyplom w pracowni malarstwa sztalugowego prof. Wiesława Szamborskiego obronił w 2000 r. zdobywając wyróżnienie rektorskie. Prezentował się m.in. w warszawskiej Galerii Studio, Prezydenckiej, Promocyjnej, DAP, Oficynie Malarskiej. Często zapraszany do ogólnopolskich i międzynarodowych przeglądów: na XX Festiwalu Polskiego Malarstwa Współczesnego na Zamku Książąt Pomorskich w Szczecinie (2004) zdobył Nagrodę Wojewody Zachodniopomorskiego, na II Warszawskim Festiwalu Sztuk Pięknych (2006) uzyskał 3 nagrodę. W 2006 r. uczestniczył w wydarzeniach: „Warszawa w Sofii”, „Warszawa w Berlinie. Współczesne malarstwo polskie” oraz w Międzynarodowym Biennale Sztuki na Kostaryce „Man + Woman = Creation”. W roku 2007 jego prace można było zobaczyć na Triennale Polskiego Malarstwa Współczesnego „Jesienne Konfrontacje” w rzeszowskim BWA i na Biennale Malarstwa „Bielska Jesień” w tamtejszym BWA. Jest tegorocznym stypendystą Funduszu Promocji Twórczości MKiDN.

cover